Logowanie:

Login:
Hasło:
Najbliższe kursy:
Nowi wykładowcy:

Wywiad z Romualdem Szeligą

Romuald Szeliga: Chciałem uczyć historii1_

Romuald Szeliga od września 2007 roku jest Prezesem Zarządu LUKAS Banku SA, a z bankowością związany jest od 1989 roku. Ukończył studia na Akademii Ekonomicznej im. O. Langego we Wrocławiu.

Marcin Walków: Pana wykład w Forum Edukacji Biznesowej był zatytułowany "Nikt nie rodzi się prezesem" - kim chciał Pan zostać, zanim rozpoczął Pan karierę w bankowości?
Romuald Szeliga: Zawsze miałem dwa wymarzone zawody. Długo chciałem być nauczycielem historii, możliwość wiecznego uczenia się wydawała mi się najciekawsza. Krócej chciałem być misjonarzem - jeździć po świecie i nawracać.

Skąd więc pomysł na studia ekonomiczne?
Kończąc liceum czułem się dobry zarówno z przedmiotów humanistycznych, jak i matematycznych. Szukałem uczelni, która pozwoli mi jeszcze trochę pouczyć się w bardzo ogólny sposób. I przeglądając programy studiów stwierdziłem, że studia ekonomiczne obejmują przez pierwsze lata bardzo wiele przedmiotów - od historii filozofii, przez matematykę i socjologię, po statystykę i prawo. A takie przedmioty jak rachunek prawdopodobieństwa tylko nasycały dodatkowo ten kierunek.

Czy swoją pierwszą pracę po studiach, w Izbie Skarbowej, wybrał Pan świadomie?

W tamtych czasach pierwszej pracy się nie wybierało, raczej było się do niej skierowanym. Dlatego szybko ją zmieniłem i nie przepracowałem w niej nawet roku. Potem rozpoczął się okres, w którym poszukiwałem swojego miejsca. Pracowałem na Akademii Sztuk Pięknych, w Domach Towarowych Centrum, byłem kierownikiem w fabryce. Przez jeden sezon byłem też  kierownikiem domu wczasowego. Wydaje mi się, że jeśli ktoś miał potrzebę poznawania świata w szerszym aspekcie, to próba pracy w mocno zdefiniowanym zawodzie, wyspecjalizowanym w wąskiej dziedzinie była więzieniem intelektualnym. I dlatego szukałem cały czas takiej pracy, w której można posługiwać się różnymi  umiejętnościami, które miałem . Zawsze wydawało mi się, że potrafię zarządzać ludźmi, inspirować ich, pomagać im. Lubiłem to.

Miał Pan czasem wrażenie, że robi coś, co jest kompletnie niezwiązane z pracą, którą chce Pan wykonywać w przyszłości?
Prawdę mówiąc, nigdy nie wiedziałem, co chcę docelowo robić, dopóki nie zacząłem pracować w banku. Miałem jednak szczęście, że spotykałem na swojej drodze odpowiednich, przychylnych mi  ludzi. Mój pierwszy "właściciel biznesowy", dyrektor regionu PKO BP bardzo szybko pozwolił mi być samodzielnym i pracować według moich własnych wizji.
Mało jest ludzi, którzy wiedzą kim chcą być, a jeśli wiedzą od najmłodszych lat, to według mnie  są biednymi ludźmi, bo zamykają się na możliwości, które daje im świat. Przegapiają okazje, bo są skoncentrowani tylko na jednym zawodzie, który chcą wykonywać. Szukając swego miejsca na ziemi człowiek cały czas się uczy, poznaje ludzi. Zdałem przecież egzaminy na studia z produkcji filmowej i teatralnej, ale ich nie rozpocząłem. Jednak dzięki temu przyswoiłem wiedzę o teatrze, sztuce i wciąż to we mnie tkwi - zamiast obejrzeć w telewizji film, wolę zobaczyć ciekawy spektakl.

9_.miniCzy rzeczywiście nikt nie rodzi się prezesem? Są przecież tzw. "urodzeni przywódcy".
Jestem o tym przekonany. Nigdy nie marzyłem, żeby być prezesem, a przecież w zarządach banków zasiadam od ponad dwudziestu lat. Byłem jedną z najmłodszych osób, które otrzymały licencję NBP do pełnienia  funkcji członka zarządu. Przywódcami zostają ludzie odważni, którzy chcą zmienić swojej życie, wyruszyć w świat. Prymusi zazwyczaj nie robią kariery w biznesie. Robią ją ci, którzy walczyli z własnymi słabościami na przykład nieśmiałością. Nie bali się przyjąć nowe zadania czy wyzwania. Właśnie po to, by się sprawdzić, pokonać w pewnym sensie siebie. I to jest moja recepta - cały czas pokonywać  siebie, swoje  słabości, stawać się wyrazistym, silnym. Firma zwraca  uwagę na takich ludzi - którzy wychodzą z inicjatywą, podejmują się rzeczy trudnych, czasem takich, których nikt inny nie chce. Warto szukać takich szans i próbować. Właśnie tak się buduje swoją karierę.

Karierę w bankowości rozpoczął Pan "z marszu", wchodząc do oddziału banku w Poznaniu i pytając o pracę.
Miałem wcześniej pracę, którą uwielbiałem. Byłem szefem działu eksportu, importu i sprzedaży w Domach Towarowych Centrum. Jeździłem na tzw. wymianę towarową, do Budapesztu, Bukaresztu, do Pragi. To była naprawdę ciekawa  praca. Ale pojawił się ktoś, kto próbował mnie zmusić do oszukiwania. Nie zgodziłem się i rzuciłem tę pracę. Po jakimś czasie , przechodziłem akurat przez plac Wolności w Poznaniu, zastanawiałem się, co dalej i wszedłem do oddziału PKO BP - spytałem o pracę. Kto dzisiaj tak robi? Ludzie wysyłają CV, listy motywacyjne - dlaczego nie wejść do działu kadr i spytać? Kto nas wygoni? Ja tak właśnie wszedłem - jestem człowiekiem do wzięcia, mam studia, trochę doświadczenia, co pani o tym sądzi? I tak to się zaczęło.

Jak wygląda typowy dzień z życia prezesa banku?
Pracę zaczynam dość wcześnie, parę minut po siódmej. Pierwszą godzinę poświęcam na spotkanie z prezesem, 3_.minimoim francuskim partnerem. Kolejną na odczytywanie poczty elektronicznej. Od 9 przychodzą pracownicy i wtedy zaczynają się kolejne spotkania. Kończą się z reguły o 17. Wtedy próbuję przeczytać prasę i portale internetowe, nowe regulacje prawne. Często w ramach tego jednego dnia trzeba pojechać do Warszawy wcześnie rano i wrócić około 13, albo do Paryża. Pracę kończę z reguły między 19 a 20, zazwyczaj drugim spotkaniem z moimi francuskimi kolegami, ale są to już luźniejsze rozmowy, takie na koniec dnia. Opowiadam o Polsce, o naszej historii. W domu jestem więc dość późno.


Ma Pan czas na coś jeszcze poza pracą?
Tak, bardzo dużo czytam. Z zapartym tchem czytam teraz książkę "Ostatni mazur" o arystokratycznym rodzie Tarnowskich. Lubię biografie i fabuły oparte na faktach. Na weekend uciekam z miasta, na wieś. I to jest moje paralelne życie - nie zabieram tam niczego z pracy. Już jak wyjadę samochodem z Wrocławia zapominam o pracy,  Im bliżej jestem, to bardziej czuję się , można powiedzieć, rolnikiem. Ważne jest, by znaleźć sposób na oderwanie się od pracy – na przykład wyjeżdzać gdzieś na krócej, ale częściej, wypić lampkę wina w ogródku... .

Przyszedł taki moment w Pana karierze, że znów zrezygnował Pan z pracy, funkcji wiceprezesa jednego z banków i pojechał na 3 miesiące na Borneo, zastanowić się, co dalej. Postawił Pan wszystko na jedną kartę. Po jakimś czasie wrócił Pan do bankowości. Wspominał Pan, że są i tacy prezesi, którzy nie wyobrażają sobie, że mogliby przestać pełnić swoją funkcję.
 Ludziom się wydaje, nie wiem dlaczego, że jak się zostanie prezesem, to trzeba nim być do końca życia. Myślą, że jak przestaną pełnić tę funkcję, to wszyscy będą tylko o tym mówić i patrzeć na nich jak na przegranych. I nie potrafią się w tym odnaleźć. Świetni bankowcy zamiast wykorzystać to, zrobić sobie przerwę, odpocząć, wolą uciekać, schować się, nie podejmować innej pracy. Nie wolno przywiązywać się do niczego, myśleć, że praca to całe moje życie. Myślę, że umiałbym wyjść jutro z banku i pracować jako kelner. I prawdopodobnie też byłbym szczęśliwy!

Czy chciałby Pan czasem opuścić jedenaste piętro, zejść na sam dół i przez jeden dzień pracować w oddziale jako doradca?
Oczywiście, jeżdżę po oddziałach. Ale pracownicy nie chcą, żebym robił coś za nich. Wizyta prezesa jest wyróżnieniem, rodzajem nagrody - i tego chcą. Żebym powiedział coś miłego, spotkał się z nimi. Jednak, gdyby zmusiła mnie do tego sytuacja życiowa, mógłbym pracować jako doradca. Choć, patrząc z dzisiejszej perspektywy, po kilku dniach pewnie zostałbym dyrektorem oddziału :)

Byłaby to już inna rola, nie rola prezesa.
W życiu trzeba wchodzić w różne role, kolejne stopnie wtajemniczenia i pewności siebie. Smutne jest, jeśli człowiek, który ma 40 czy 50 lat mówi, że ma niskie  poczucie wartości. Nikt nie powinien tak mówić. Już z faktu, że żyje się tyle czasu, powinna wynikać świadomość wewnętrznego bogactwa. Ale ludzie tak uważają - nawet jeśli przez 20 lat pracowali jako dyrektor oddziału czy regionu - bo ktoś ich wyrzucił z pracy.

Powiedział Pan, że pracownicy nie lubią, kiedy szef wyręcza ich w pracy lub za bardzo w nią ingeruje. Zatem dobry szef - to jaki szef?
Dobry szef pomaga, wspiera, pokazuje, jak coś zrobić, kiedy ktoś tego nie potrafi. Szef jest raz doradcą, innym razem coachem.. Siada obok i tak długo rozmawia, nakierowuje aż jego rozmówca znajdzie rozwiązania.. Powinien być partnerem. Dobry szef to szef, który rozmawia ze swoimi pracownikami, nie tylko wtedy, gdy trzeba udzielić reprymendy. Spotkałem ostatnio pracownika, który kiedyś naprawiał mi komputer dwa lata temu - nie pamiętałem, że to tak dawno. Wspominał wtedy, że ma mu się urodzić dziecko, więc go o to spytałem. Odparł "Panie prezesie, już dwa lata temu urodził mi się syn" - ale widziałem, że był bardzo mile zaskoczony,  pamiętałem o tym. Taka wiedza, co się dzieje z pracownikami, pozwala też zrozumieć czasem ich zachowania.
Dobry szef powinien dawać przykład. Pokazywać, jak pracować, by z tej pracy też czerpać przyjemność. Wspierać pracowników w stawaniu się profesjonalistami. Powinien pomagać ludziom.

Zatem prezes to też misjonarz?
Trochę tak, nie ma innego wyjścia.

Ma Pan 56 lat, osiągnął Pan zawodowy sukces. Co dalej?
Był taki moment, że świat zachłysnął się młodymi menedżerami. Jednak w roli menedżera ważna jest przede wszystkim pewnego rodzaju przewidywalność, stabilność, którą trudno wpisać w "młodego wilczka". Kryzys spowodował, że zaczyna się znów cenić ludzi przewidywalnych. Myślę, że taki jestem - nie wybuchnę, nie będę krzyczał, płakał, nie zemdleję ze strachu. Jestem na takim etapie mojego rozwoju, kiedy wiem, że nawet najtrudniejsze sytuacje można rozwiązać; właśnie wtedy trzeba być spokojnym i opanowanym. I jest teraz na rynku moda, by szukać takich ludzi. Stąd też pojawiają się różne propozycje - zostania prezesem banku na Słowacji, w Bułgarii, wyjazdu do Rosji... . Kiedy jeżdzę do Paryża, to cały czas mam wrażenie, że wśród prezesów jestem "małolatem". Bo tak w korporacjach jest - najpierw trzeba „odsiedzieć” swoje w oddziale, początkowo na pozycji doradcy, potem menedżera, w strukturach regionalnych, trafić do centrali. A na końcu, w wieku mocno dojrzałym, można zostać członkiem zarządu. U nas przez socjalizm nie było logicznej ciągłości wychowywania menedżerów, dlatego rzucono się na młodych. Popełniali błędy, ale zrobili też dużo dobrego, parli do przodu, by osiągnąć najwyższe standardy. Też taki byłem.
Cały świat, jeśli chce się czuć bezpiecznie, chce mieć przewidywalnych przywódców, prezesów, którzy jednak mają coś do powiedzenia - to jest najlepsza kompilacja. Dlatego ja się nie boję.

Dziękuję za rozmowę.

Marcin Walków

Nasza strona korzysta z plików cookies. Zachowamy na Twoim komputerze plik cookie, który umożliwi zbieranie podstawowych informacji o Twojej wizycie. Przeczytaj jak wyłączyć pliki cookies. Zamknij